Zaliczyłem kolejny braterski wyjazd w Alpy. Przez sześć dni tułaliśmy się w masywie Monte Rosy i okolicach. Było trochę wrażeń, dlatego pozwolę sobie na uporządkowaną wyliczankę dzień po dniu.

|
| Orientacyjna trasa wycieczki |
Już pierwszy dzień przyniósł niespodzianki, bo Włoska zastępcza komunikacja autobusowa miala opóźnienia. Zamiast płynnie się przesiadać i mieć spokojny dzień podejściowy, musieliśmy dość żwawo podejść 1700m, by i tak spóźnić się na kolację. Raczej wiedziałem, że skończy się to wysokościowym zawrotem głowy i nie byłem zaskoczony, jak się tak właśnie stało. Na dobitkę chatar (który wyglądał, że gdyby nie został chatarem, musiałby zostać bezdomnym spod mostu) na koniec kolacji polewał każdemu mocnego likieru ziołowego. Był dobry (likier, choć chatar w sumie też), ale nie pomógł.
 |
| Start przy kościele Św. Jakuba w miejscowości Św. Jakub w Dolinie Aosty |
 |
| Łąka podejściowa. Na wprost od lewej: Breithorn (4164m), Pollux (4092m), Castor (4228m) |
 |
| Lokalna fauna, niejedyna na wyjeździe, ale nie chciałem wrzucać tysiąca zdjęć, więc to musi wystarczyć |
 |
| “Chciałbym rzygać, ale do zdjęcia jeszcze się uśmiechnę” |
Na szczęście Jarek tak zaplanował trasę, że dni ‘cięższe’ przeplatane były ‘lżejszymi’. Dzień drugi miał być z tych ‘lżejszych’, czyli polegał na zdobyciu dwóch nominalnie nietrudnych czterotysięczników - Polluxa i Castora. Pollux nieco zaskoczył (nie był za darmo), zaś podejście na Castora, mimo że poszło obiektywnie sprawnie, subiektywnie ciągnęło się dramatycznie. Już wtedy dochodziło do mnie, że zapowiadał się nasz do tej pory najbardziej intensywny fizycznie wyjazd.
 |
| Pollux, Castor i pielgrzymka poranna |
 |
| Główne trudności na Polluxie. Niby jest łańcuch, ale było potwornie siłowo, gorzej, niż wygląda. |
 |
| Grań szczytowa Castora |
 |
| Lepiej bym nastrojów tego dnia nie oddał |
Dzień trzeci - nie zwalniamy tempa! - trawers Lyskammów. Zasłużony alpejski klasyk, którego głównym daniem są bardzo powietrzne granie. Gdy dwa lata temu byliśmy na Biancogracie, myślałem, że będzie fajnie - a było raczej strasznie ;) Teraz więc przygotowywałem się ponownie na chwile grozy, ale tym razem o dziwo było przyjemnie (z grozą bardzo okazjonalną).
 |
| Herbatka przed trawersem Lyskammów. Smaczna jak zawsze i jak nigdy. |
 |
| Zejście z Lyskamma (4527m), rzut oka do tyłu |
 |
| Zejście z Lyskamma, rzut oka do przodu |
W schronisku, największym podczas wyjazdu, bo na 170 osób, współbiesiadnik zadeklarował że niby zna się na makaronach, ale nie wie, za pomocą jakich czarów można ugotować makaronu na tyle osób idealnie al dente.
Dzień czwarty to popularne w masywie Monte Rosy zaliczanie różnych pomniejszych czterotysięczników, których - zależy jak liczyć - zdobyliśmy od 3 do 6 (wg najczęściej uznawanej miary 5). Może i poprzedni dzień nie był aż tak wymagający, ale niewątpliwie mieliśmy już trochę dość, więc ograniczyliśmy się w miarę do minimum i parę wierzchołków ochoczo olaliśmy. Na jednym ze zdobywanych szczytów (Corno Nero) mogliśmy zostawić linę pod podejściem (co też zrobiliśmy) i był to też jedyny szczyt, gdzie absolutnie nie powinniśmy byli tego robić ze względu na srogie zlodowacenie. Szczęśliwie mogę jeszcze pisać te słowa.
 |
| Pielgrzymka poranna z całą swoją potęgą |
 |
| Czterotysięczniki wszędzie |
Na koniec dnia czekała nas jeszcze jedna mocna atrakcja wyjazdu - nocleg w Capanna Margherita, najwyżej położonym schronisku i w ogóle budynku w Europie (4554m). Może i dostaje się tam zadyszki przewracając się w łóżku z boku na bok, ale tamtejszy schroniskowy klimat (i widoki z okna) jest tego wart.
 |
| Najwyższy budynek w Europie (od swojej zdecydowanie węższej strony) |
Jak mnie spotkacie, mogę opowiedzieć jeszcze o kiju w łazience.
Tego dnia popołudniem odbyło się też misterium planowania. Tak właściwie część górska wyjazdu miała trwać siedem dni. Pięć mieliśmy spędzić w okolicach Monte Rosy, a dwa ostatnie mieliśmy poświęcić na Matterhorn. Niestety na dzień jego ataku zapowiadano pogorszenie pogody. Z drugiej strony bardzo zależało mi na wejściu na Dufourspitze (najwyższy szczyt Monte Rosy i całej Szwajcarii) południowym żebrem znanym jako Cresta Rey, o której to drodze nasłuchałem się wiele dobrego. Nie powiem, nakręciłem się na tę drogę bardzo, więc dosyć przeżywałem, że jak usiedliśmy i zaczęliśmy liczyć godziny, to wyszło nam, że jednak nie damy następnego dnia zrobić tej drogi i zejść do doliny, przynajmniej nie w dobrym zdrowiu. Do tego dochodziły komplikacje z rezerwacjami noclegów.
Byłem zmęczony i zniechęcony. Nastąpiło jednak coś, co wszystko dla mnie zmieniło - drzemka wyjazdu! Wstałem po niej odmieniony, z jednej strony pełen akceptacji czego byśmy nie zrobili, z drugiej - mając nowe pomysły i wolę działania. Naradziliśmy się jeszcze raz i (trochę upraszczając opowieść) uznaliśmy, że lepszy Dufour w garści niż Matt z ryzykiem burz, a jak się dobrze pokombinuje, to noclegami da się korzystnie pożonglować. Kolejnego dnia, ku mojej uciesze, zaatakowaliśmy więc Dufourspitze przez Cresta Rey.
 |
| Zachód słońca widziany z Capanna Margherita |
 |
| Wschód słońca odbity w górach widziany z tegoż |
 |
| Cień Lyskamma |
Czy było fajnie? Zdania są podzielone. Mi podobało się bardzo, wreszcie się czułem w pełni w swoim żywiole ;) Jarek minę miał czasem nietęgą, ale dzielnie wszedł. Byliśmy natomiast zupełnie zgodni, że na zejściu spapraliśmy robotę na etapie przygotowań, bo zeszliśmy nie tą drogą, którą powinniśmy (zeszliśmy normalną Szwajcarską a nie przez Silbersattel, gdyby się ktoś pytał). Najedliśmy się przez to nieplanowanych nerwów i zmęczenia. Koniec końców jednak każdy z nas miał poczucie, że choć plan całego wyjazdu nie został wykonany w 100%, to jednak wyjazd ten był satysfakcjonujący i pełny.
 |
| Piękne okoliczności przyrody na Cresta Rey, z Lyskammem w tle |
 |
| Tutaj w tle z kolei czterotysięczniki różne. Bo na dole wiadomo, walka. |
 |
| Najlepsza asekuracja z krzyża! |
 |
| Szwajcaria u stóp na Dufourspitze (4634m), część 1 |
 |
| Szwajcaria u stóp na Dufourspitze, część 2. Swoją drogą mój 17-ty szczyt do Korony Europy |
Dzień skończyliśmy w Monte Rosa Huette po stronie Szwajcarskiej, gdzie może i dawali makaron na drugie danie zamiast pierwszego, za to proces nakładania dokładek był organizacyjnie zoptymalizowany do perfekcji.
 |
| Monte Rosa Huette, punkt za najciekawszą architekturę schroniskową wyjazdu |
Z pięciu dni w masywie Monte Rosy zrobiło się koniec końców sześć. Ostatni dzień mogliśmy już jednak tylko leniwie schodzić do doliny i patrzeć na góry, których było (zaskoczenie!) dużo i ładnych i chyba zawsze będzie na tyle, żeby jeszcze chcieć na jakąś wejść.
 |
| Rzadko spotykana moda na lodowcu |
 |
| Dufourspitze, Lyskamm, Castor, Pollux |
 |
| Mimo że z góry wiele gór rzucało się w oczy, z doliny widać co widać. Nie dziwi, że jedna zyskała nieproporcjonalnie dużą sławę. |
***
SUPLEMENT czyli fragment opisu dla KW Kraków
Zwieńczenie czterodniowej (nie licząc dojścia i zejścia) tułaczki po masywie Monte Rosy i okolicach, z trawersem Lyskammów, zaliczaniem znaczących i nieznaczących czterotysięczników i takimi tam. W pewnym momencie wycieczki (upraszczając nieco) mieliśmy wybór, czy iść tą drogą przy dobrej pogodzie, czy próbować wejść później na Matterhorn przy pogodzie niepewnej (choć finalnie okazała się nie taka zła). Wyboru nie żałuję.
Uwagi co do drogi i warunków:
- Jest dość lito, o ile trzymać się ściśle ostrza żebra, na ew. obejściach już zdecydowanie niekoniecznie.
- Jeśli kogoś zastanawia, gdzie jest/jak wygląda kluczowe miejsce (gdyby chciał przejść z lotnej na sztywną asekurację, bo faktycznie jest nieco trudniej), to zdjęcia niestety nie mam, ale jest to takie dość wyraźne spiętrzenie mniej więcej w miejscu, gdzie do naszego żebra dochodzi z dołu mniejsze od prawej. Faktycznie jest to gdzieś w połowie wysokości całości, może trochę przed. Nie jest z dołu super-ewidentne że to ‘to’, ale da się zauważyć.
- Największy błąd zrobiliśmy na zejściu (na stronę Szwajcarską) - nie doczytaliśmy i zamiast zjeżdżać na Silbersattel, co byłoby pewnie szybsze i bezpieczniejsze, schodziliśmy Szwajcarską drogą normalną. Zamiast kilku zjazdów na lodowiec mieliśmy więc kawał może nie trudnej, ale uciążliwej grani i dwa odcinki zejścia po nieco zlodowaciałej grani, co nie było ani przyjemne, ani jakoś specjalnie bezpieczne.
Komentarze
Prześlij komentarz